Słońce właśnie zaszło za linię budynków po drugiej stronie rzeki, a ja wciąż chodzę po mieszkaniu zupełnie naga. Żadnych zasłon, żadnych rolet – niech patrzą, jeśli mają odwagę. Wysokie piętro, okna od podłogi do sufitu, a ja lubię to delikatne mrowienie na skórze: świadomość, że ktoś być może właśnie teraz patrzy.
Mam ciało opalone równo, bez żadnych linii – od lat wybieram plaże, na których nie ma potrzeby nosić czegokolwiek. Ten moment, kiedy zdejmuję ostatnią rzecz i czuję, jak powietrze dotyka całej powierzchni skóry… to wciąż działa na mnie jak pierwszy dotyk kochanka.
Myślę o lesie za miastem, o tej ukrytej polanie nad jeziorem, gdzie mech jest miękki jak aksamit, a promienie słońca przebijają się przez korony sosen w złote smugi. Tam czuję się najbardziej żywa – kiedy ktoś kładzie mnie na plecach wśród paproci, kiedy ziemia pachnie żywicą i wilgocią, a ja mogę jednocześnie czuć chłód cienia i gorąco ciała nade mną.
Chcę kochać się na łonie natury…
Chcę czuć wiatr na nagiej skórze, kiedy ktoś wchodzi we mnie powoli, głęboko, a ja zaciskam palce na korzeniach albo na piasku. Chcę, żebyś mnie brał na stojąco, opartą o pień sosny, z szorstką korą delikatnie drapiącą mi plecy. Chcę klęczeć na brzegu jeziora o zmierzchu, z falami liżącymi kostki, i smakować słony posmak Twojej skóry wymieszany z wodą.
Powiedz mi… gdzie chciałbyś mnie dzisiaj wziąć?
Na tej dzikiej, opuszczonej plaży, kiedy słońce już zgasło i tylko mewy są świadkami?
W lesie, na kocu rzuconym na mech, z komarami bzyczącymi cicho nad nami?
A może tutaj – przy tym wielkim oknie, z całym miastem jako milczącym, niewzruszonym widzem?
Chcę usłyszeć, jak bardzo dziko, jak bardzo bez zahamowań chciałbyś mnie posiąść…
Opowiedz mi.
Bardzo szczegółowo.
Bez cenzury.
Bo ja już nie wytrzymuję sama ze swoim ciałem w tym samotnym mieszkaniu…

